- zawsze mów prawdę, bo to twoja wielka, a czasami jedyna zaleta,
- dotrzymuj słowa,
- co masz zrobić dzisiaj, zrób dzisiaj,
- zawsze bierz pod uwagę czarny scenariusz,
- szanuj innych ludzi i ich uczucia, zwłaszcza osób Ci bliskich,
- trzymaj się z daleka od nałogów, bo to zniszczy twoje życie i zdrowie,
- bądź konsekwentna/y w działaniu, niezależnie, czy dotyczy to twoich spraw zawodowych czy osobistych,
- rób wszystko, żeby być szczęśliwym, bo to jest najważniejsze,
- bierz małymi łyżkami, powoli, zachłanność Cię zgubi,
- pamiętaj pieniądze to nie wszystko, szczęścia nie dają, ale są potrzebne,
- bądź wierna/y swoim zasadom i partnerowi, jeżeli go masz – fizycznie i psychicznie,
- bądź sobą, zawsze, jak nie będziesz, to prędzej czy później się to zemści,
- jeżeli jesteś facetem nigdy ni prezentuj się twojej damie na golasa w czarnych skarpetkach,
- grzeczność zawsze Cię zgubi,
- pamiętaj, że wszystko co robisz ma wpływ nie tylko na twoje życie, ale też na innych,
- napisz testament,
- ucz się języków i innych rzeczy, bo to da Ci szansę robienia czegoś innego wszędzie i uratuje Ci dupę w kryzysowej sytuacji,
- kochaj Klona swego, jak Klona swojego, cokolwiek to znaczy,
- rozlicz i uwolnij się od rodziców przecinając pępowinę. Nawet nie ma znaczenia co powiedzą. Ważne, żeby się rozliczyć,
- i pamiętaj Gary Oldman is the best! i tak nie dostaniesz krzyża!
Połowa życia już za nami. No i co teraz? Chyba trzeba zacząć od nowa... Tylko czego tak naprawdę chcemy? Może być szczęśliwymi, może nie chcemy dalej być biernymi, wegetować, dostosowywać się do innych ludzi i po wielu latach stwierdzić, że zmarnowaliśmy większość czasu na robienie tego czego nie lubimy i tak naprawdę nie chcemy... I właśnie dlatego zaczynamy od tego Bloga!
czwartek, 30 grudnia 2010
vademecum skauta
środa, 29 grudnia 2010
good bye blue sky
goodbye blue sky!
01.01.2011 comes judgment day!
Source: www.google.pl
Your terminator
and I am not going to commit suicide, for sure... i tyle.
01.01.2011 comes judgment day!
Source: www.google.pl
Your terminator
and I am not going to commit suicide, for sure... i tyle.
wtorek, 28 grudnia 2010
odjazd z touroperatorem
Touroperator to z reguły jakaś szemrana firma, która tworzy i promuje swój produkt turystyczny w postaci gotowego pakietu usług. Najczęściej tym produktem są wycieczki zorganizowane, albo pielgrzymki. Na te drugie nie jeżdżę, bo mnie to nie kręci. Na wycieczki zorganizowane znajdziecie odpowiedź na końcu...
Całkiem niedawno znajomi kupili taki gotowy produkt - wycieczkę do Grecji, wyspa Rodos, 4*, all inclusive. Od właśnie touroperatora, który już w chwili obecnej jest po drugiej stronie słońca, albo jeszcze dalej. Niestety życie nas wszystkich zaskakuje na każdym kroku, ich również zaskoczyło. Słowem nie mogli pojechać i wpadli na genialny pomysł: zadzwonimy do Aliena, bo kocha Grecję, może on pojedzie. A, że nigdy nie byłem "na produkcie" to pojechałem. Oczywiście, że nie sam.
Wylot / odlot dwie godziny opóźnienia. Masakra. Knajpa na lotnisku zamknięta... dziwne nie? Ludzie kupują alkohol w kiosku i piją. Żadnych informacji o wylocie. Głód mi narasta, ale ok. Już za 3h będę na miejscu. Żadnych informacji o wylocie. Siedzą obok dwa małżeństwa i się zastanawiają dokąd lecą, bo podobno wszędzie jest tak samo "na produktach". Informacja o odlocie: opóźnienie wydłuża się do 4 godzin. Foch, idę do kiosku. Jakaś pani w podartych rajstopach i białej bluzce mówi: do samolotu, bynajmniej nie przeprosiła za opóźnienie. Do tego czasu odświeżyłem sobie całą polską łacinę, w tym wszystkie koniugacje wszystkich znanych mi i zasłyszanych na lotnisku wyrazów.
Jak na dźwięk pistoletu na bieżni, a wcześniej komendę startera Jet Set ruszył wyścig pokoju: kto pierwszy ten lepszy, połowa samolotu leci w drugą stronę krzyknąłem. No i usłyszałem: co Pan! myśli Pan, że jesteśmy debilami? Nie odpowiedziałem, ale widzę co się dzieje. Usiadłem z przodu (w normalnym samolocie to jest business class), blisko wyjścia. Lepiej być nie mogło.
Samolot wycieczkowy to jest miejsce, gdzie do zabawy nie potrzeba wodzireja. Wszyscy śpiewają, tańczą walczyka, robią fale, jak na stadionie podczas meczu reprezentacji Polski, a jak samolot wyląduje to BIJĄ I KRZYCZĄ BRAWO! Jak w tym filmie: http://www.youtube.com/watch?v=VCH6n-OGSJA
Wylądowaliśmy na lotnisku w Smoleńsku. Piach, idziesz na piechotę, ale wylądowaliśmy.
źródło: www.demotywatory.pl
Bagaże po godzinie, brak informacji, nie wiadomo dokąd pójść. Ale jest, małolata w białej bluzce z podartymi rajstopami. Tędy, tędy proszę. Kierowca autobusu Grek. Miło było chwilkę parę zdań z nim zamienić. Swój chłop - może jutro dojedziemy mówi.
Miał rację. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Pamiętajcie: jak kupujecie produkt szukajcie hotelu max. 20 km od lotniska. Inaczej wasza podróż będzie trwała dłużej...
Idziemy do upragnionego 4* przybytku. Oczywiście opiekuna produktu nie ma. Grek w recepcji, super. Dobry wieczór po grecku mówię, nazywam się itd. itd. Wiedziałem, że tak powie: nie ma Ciebie na liście. Wiedziałem, kurczaki, że tak będzie. Kilka telefonów i wreszcie mogę udać się miejsce spoczynku. Ale, ale o 8.00 śniadanie, o 14tej obiad, o 18tej kolacja. Już wiem, że zakuli mnie w łańcuchy... Ale Ty nie pierwszy raz w Grecji?
źródło: www.demotywatory.pl
Odpalam czerwone wino, impreza na basenie, hałas, cieknące krany, sprężyny jak las namorzynowy wyrastają z materaca. Wino pomaga, idę spać. Jutro też jest dzień, pewnie lepszy. W końcu w Grecji jestem!
źródło: www.demotywatory.pl
Na pewno nie było to greckie śniadanie - kiełbasa, parówki, szynka, kawa do dupy, sałaty z poprzedniego dnia, jajecznica z proszku itd. I wszystkie szumowiny tzn. gustownie ubrani w korale i sygnety goście mówią po niemiecku. Ok. Nic greckiego, nawet fety nie ma. A po prawdzie greckie śniadanie to dobra kawa i czerstwa bułka. Super, że nie ma Polaków. W sumie high live...
Widzę basen, jak morze, tylko po co basen, jak morze jest 100 metrów dalej. Tym bardziej, że w basenie siedzi para z łuszczycą...
źródło: www.demotywatory.pl
Idę do baru z ręcznikiem, bo wiem, że tam są krzesła. Nikt z obsługi nie jest Grekiem. Pakistan, Albania, no problem. Ale oni szprechają tylko! A to już jest problem, dla mnie. Na migi dogaduję się z nie greczynką i proszę o ouzo. Ouzo? tego nikt nie pije odpowiada. Po chwili wiedziałem o co jej chodzi. To nie było ouzo, tylko nasza kochana alpaga z anyżem. I tyle. Jak każdy inny alkohol, który mieli. Nie ma znaczenia, party się zaczyna:
źródło: www.demotywatory.pl
Dobrze jest. Zasuwam na plażę. Lubie faunę i florę, ale bez przesady:
źródło: www.demotywatory.pl
Walę się na leżak. Tylko 2 Euro za dzień... Ale all inclusive. Bez komentarza. Zamawiam masaż. Śliczna dziewczyna z Tajlandii, ale ma dziwne urządzenie, ręce?
źródło: www.demotywatory.pl
Rozluźniony idę na obiad.NIC GRECKIEGO.
Później sjesta w barze.
Kolacja - nie, nie idę na kolacje. Muszę coś zjeść. Biegnę po okolicy i szukam, pytam się... i jest. Tawerna Limanaki. To było coś. Ryby, garidaki simiako, achinos, słowem wszystko, co w Grecji jedzeniowo jest najpiękniejsze. Ale znów brak Greków, tylko Pakistan rządzi.
I TAK PRZEZ 10 DNI. BAJKA.
W końcu wracamy do domu. Autokar pełen wypoczętych turystów:
źródło: www.demotywatory.pl
Lotnisko, kolejka. 6 godzin opóźnienia. Robię co mogę. Bar, ouzo, takie prawdziwe, jedzenie. Brak komunikatów. Ale w końcu się udało.
Nad ranem jestem w domu.
Wypoczęty, zrelaksowany i z naładowanymi akumulatorami po 10 dniach idę spać, we własnym łóżku, na moim ukochanym materacu:
źródło: www.demotywatory.pl
TO BYŁ ODJAZD. NA WYCIECZKI ZORGANIZOWANE NIE JEŻDŻĘ. TEN RAZ TO BYŁA POMYŁKA. A touroperatorom ch.. na grób. Amen.
Postaci przedstawione w niniejszym poście są chyba fikcyjne, choć pochodzą z demotywatory.pl, oprócz autora i tego co napisał.
Całkiem niedawno znajomi kupili taki gotowy produkt - wycieczkę do Grecji, wyspa Rodos, 4*, all inclusive. Od właśnie touroperatora, który już w chwili obecnej jest po drugiej stronie słońca, albo jeszcze dalej. Niestety życie nas wszystkich zaskakuje na każdym kroku, ich również zaskoczyło. Słowem nie mogli pojechać i wpadli na genialny pomysł: zadzwonimy do Aliena, bo kocha Grecję, może on pojedzie. A, że nigdy nie byłem "na produkcie" to pojechałem. Oczywiście, że nie sam.
Wylot / odlot dwie godziny opóźnienia. Masakra. Knajpa na lotnisku zamknięta... dziwne nie? Ludzie kupują alkohol w kiosku i piją. Żadnych informacji o wylocie. Głód mi narasta, ale ok. Już za 3h będę na miejscu. Żadnych informacji o wylocie. Siedzą obok dwa małżeństwa i się zastanawiają dokąd lecą, bo podobno wszędzie jest tak samo "na produktach". Informacja o odlocie: opóźnienie wydłuża się do 4 godzin. Foch, idę do kiosku. Jakaś pani w podartych rajstopach i białej bluzce mówi: do samolotu, bynajmniej nie przeprosiła za opóźnienie. Do tego czasu odświeżyłem sobie całą polską łacinę, w tym wszystkie koniugacje wszystkich znanych mi i zasłyszanych na lotnisku wyrazów.
Jak na dźwięk pistoletu na bieżni, a wcześniej komendę startera Jet Set ruszył wyścig pokoju: kto pierwszy ten lepszy, połowa samolotu leci w drugą stronę krzyknąłem. No i usłyszałem: co Pan! myśli Pan, że jesteśmy debilami? Nie odpowiedziałem, ale widzę co się dzieje. Usiadłem z przodu (w normalnym samolocie to jest business class), blisko wyjścia. Lepiej być nie mogło.
Samolot wycieczkowy to jest miejsce, gdzie do zabawy nie potrzeba wodzireja. Wszyscy śpiewają, tańczą walczyka, robią fale, jak na stadionie podczas meczu reprezentacji Polski, a jak samolot wyląduje to BIJĄ I KRZYCZĄ BRAWO! Jak w tym filmie: http://www.youtube.com/watch?v=VCH6n-OGSJA
Wylądowaliśmy na lotnisku w Smoleńsku. Piach, idziesz na piechotę, ale wylądowaliśmy.
źródło: www.demotywatory.pl
Bagaże po godzinie, brak informacji, nie wiadomo dokąd pójść. Ale jest, małolata w białej bluzce z podartymi rajstopami. Tędy, tędy proszę. Kierowca autobusu Grek. Miło było chwilkę parę zdań z nim zamienić. Swój chłop - może jutro dojedziemy mówi.
Miał rację. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Pamiętajcie: jak kupujecie produkt szukajcie hotelu max. 20 km od lotniska. Inaczej wasza podróż będzie trwała dłużej...
Idziemy do upragnionego 4* przybytku. Oczywiście opiekuna produktu nie ma. Grek w recepcji, super. Dobry wieczór po grecku mówię, nazywam się itd. itd. Wiedziałem, że tak powie: nie ma Ciebie na liście. Wiedziałem, kurczaki, że tak będzie. Kilka telefonów i wreszcie mogę udać się miejsce spoczynku. Ale, ale o 8.00 śniadanie, o 14tej obiad, o 18tej kolacja. Już wiem, że zakuli mnie w łańcuchy... Ale Ty nie pierwszy raz w Grecji?
źródło: www.demotywatory.pl
Odpalam czerwone wino, impreza na basenie, hałas, cieknące krany, sprężyny jak las namorzynowy wyrastają z materaca. Wino pomaga, idę spać. Jutro też jest dzień, pewnie lepszy. W końcu w Grecji jestem!
Next day śniadanie. Brak miejsc. Major domus mówi: nie mam Ciebie na liście! Fuck! Ja wiedziałem, kurczaki, że tak będzie. I już wiem dokąd trafiłem:
źródło: www.demotywatory.pl
Na pewno nie było to greckie śniadanie - kiełbasa, parówki, szynka, kawa do dupy, sałaty z poprzedniego dnia, jajecznica z proszku itd. I wszystkie szumowiny tzn. gustownie ubrani w korale i sygnety goście mówią po niemiecku. Ok. Nic greckiego, nawet fety nie ma. A po prawdzie greckie śniadanie to dobra kawa i czerstwa bułka. Super, że nie ma Polaków. W sumie high live...
Widzę basen, jak morze, tylko po co basen, jak morze jest 100 metrów dalej. Tym bardziej, że w basenie siedzi para z łuszczycą...
źródło: www.demotywatory.pl
Idę do baru z ręcznikiem, bo wiem, że tam są krzesła. Nikt z obsługi nie jest Grekiem. Pakistan, Albania, no problem. Ale oni szprechają tylko! A to już jest problem, dla mnie. Na migi dogaduję się z nie greczynką i proszę o ouzo. Ouzo? tego nikt nie pije odpowiada. Po chwili wiedziałem o co jej chodzi. To nie było ouzo, tylko nasza kochana alpaga z anyżem. I tyle. Jak każdy inny alkohol, który mieli. Nie ma znaczenia, party się zaczyna:
źródło: www.demotywatory.pl
Dobrze jest. Zasuwam na plażę. Lubie faunę i florę, ale bez przesady:
źródło: www.demotywatory.pl
Walę się na leżak. Tylko 2 Euro za dzień... Ale all inclusive. Bez komentarza. Zamawiam masaż. Śliczna dziewczyna z Tajlandii, ale ma dziwne urządzenie, ręce?
źródło: www.demotywatory.pl
Rozluźniony idę na obiad.NIC GRECKIEGO.
Później sjesta w barze.
Kolacja - nie, nie idę na kolacje. Muszę coś zjeść. Biegnę po okolicy i szukam, pytam się... i jest. Tawerna Limanaki. To było coś. Ryby, garidaki simiako, achinos, słowem wszystko, co w Grecji jedzeniowo jest najpiękniejsze. Ale znów brak Greków, tylko Pakistan rządzi.
I TAK PRZEZ 10 DNI. BAJKA.
W końcu wracamy do domu. Autokar pełen wypoczętych turystów:
źródło: www.demotywatory.pl
Lotnisko, kolejka. 6 godzin opóźnienia. Robię co mogę. Bar, ouzo, takie prawdziwe, jedzenie. Brak komunikatów. Ale w końcu się udało.
Nad ranem jestem w domu.
Wypoczęty, zrelaksowany i z naładowanymi akumulatorami po 10 dniach idę spać, we własnym łóżku, na moim ukochanym materacu:
źródło: www.demotywatory.pl
TO BYŁ ODJAZD. NA WYCIECZKI ZORGANIZOWANE NIE JEŻDŻĘ. TEN RAZ TO BYŁA POMYŁKA. A touroperatorom ch.. na grób. Amen.
Postaci przedstawione w niniejszym poście są chyba fikcyjne, choć pochodzą z demotywatory.pl, oprócz autora i tego co napisał.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
zorza polarna
Witam Was ciule,
źródło: http://www.filmweb.pl/film/Odmienne+stany+%C5%9Bwiadomo%C5%9Bci-1980-8280#
A co do tego ma zorza polarna? Sam nie wiem...
Takie odmienne stany świadomości....
źródło: http://www.filmweb.pl/film/Odmienne+stany+%C5%9Bwiadomo%C5%9Bci-1980-8280#
A co do tego ma zorza polarna? Sam nie wiem...
Takie odmienne stany świadomości....
niedziela, 26 grudnia 2010
Ja, metalowa Świnia
Niech ten rok już się skończy. Święta prawie za nami. Jeszcze tylko kilka dni i będzie super. No może, może lepiej poczekać na zakończenie i początek Nowego Roku chińskiego? Zgodnie z zodiakiem chińskim jestem? hm.... jestem metalową świnią :-))
Jak każda świnia urodzona w tym dniu, co ja, mam polarność Yin, a moim żywiołem jest woda. Ciekawe, bo za wodą jako taką nie przepadam. Nie lubię pływać, choć podobno robię to całkiem nieźle, mam chorobę morską, uwielbiam siedzieć nad wodą... No to chyba to mój żywioł jest? Tak. Co do polarności, to mam taką właściwość indywiduum chemicznego polegającą na występowaniu we mnie elektrycznego momentu dipolowego w wyniku nierównomiernego rozłożenia cząstkowych ładunków elektrycznych w ich objętości. Powiem tak: zawsze swędziało mnie w d...e. Do pięciu liczyć potrafię, bo i dobrze się składa, że cyfra 5 jest moją szczęśliwą. Mam po 5 palców w prawej i lewej ręce, po 5 w prawej i lewej stopie, włosów na głowie 5 do potęgi N. Wszystko na pięć. Prawie na 5 zdałem maturę, zbieram do świnki pięciozłotówki, przynajmniej 5 razy dziennie włączam światło i spuszczam w kiblu wodę, 5 razy przynajmniej rozmawiam dziennie przez komórkę, 5 razy odsłuchuję codziennie moją ulubioną muzę itd. itd. itd. W sumie dochodzę do wniosku, że JESTEM NA 5. Czyli jestem szczęściarzem!!! W odróżnieniu od P.T. teściowej, która jest na 102. 100 kilometrów ode mnie i dwa metry pod ziemią :-)).
Podobno moją ulubioną porą roku jest zima, ale nie jest to prawda. Prawda jest taka, że opadu atmosferycznego w postaci śniegu nie lubię, ale Bukę lubię. Kocham ją w sposób nieokiezłnany, nieokreślony. Mam nadzieję, że jutro odkopie mój samochód... Jakbym chciał mieć sygnet pewnie byłby to szmaragd. "Miłość, szmaragd i krokodyl". Miłość, szmaragd i krokodyla miałem ... w pewnym sensie. Nie, nieeeeeeeeeeeeeee, nie lubię krwistoczerwonego i czarnego koloru. To jak z książek niejakiego Pana Grange o seryjnych i pojebanych mordercach. Ja taki nie jestem skomplikowany jak ci mordercy. Jestem prosty jak tyczka, towarzyski, ale tylko czasami. JESTEM TEŻ LOJALNY. To są moje zalety. Pewnie mam też wady, jak każdy. TY TEŻ! TAK DO CIEBIE MÓWIĘ! CZYTASZ TO, TO WŁAŚNIE DO CIEBIE MÓWIĘ! :-)) Zadam Ci pytanie: co to jest negatyw? Nie wiesz? Ja wiem. Mój negatyw to naiwność, łatwowierność i materializm. Hm....... z tym ostatnim się nie zgodzę, bo tego już nie potrzebuję.
Pieniądze nie są najważniejsze, a żony i partnera nie kupię!Kozy lubię, króliki też. To takie kochane zwierzaki...................................
Jeżeli jesteś bawołem, kogutem, szczurem, albo smokiem to pewnie mamy coś wspólnego!!! Pewnie też Cie polubię ..........................
Jeżeli jesteś świnią (tak jak ja :-)) ), psem, wężem, tygrysem, koniem, albo małpą to z całą pewnością sie nie polubimy. No, ale mogą być inne rzeczy, które nas połączą ......
Jeżeli jesteś skorpionem według zachodniego zodiaku to jesteśmy TACY SAMI.
METALOWYMI ŚWINIAMI.
sobota, 25 grudnia 2010
Buka i śnieg
DKJP. Są Święta. Wstałem więc skoro świt o 10.25. I mi opadł. szczęka. Za oknem tzw. opad atmosferyczny w postaci kryształków lodu, o kształtach głównie sześcioramiennych gwiazdek, łączących się w płatki śniegu. Po opadnięciu na glebę, domy, martwych ludzi, samochody i Buka tylko wie na co jeszcze, tworzą pokrywę śnieżną o niewielkiej gęstości, zwaną również śniegiem. PKP.
Tylko, że jestem uśnieżony, bo nie wiem gdzie jest samochód. Przed drzwiami wejściowymi leży wielka kupa tego czegoś i blokuje wyjście. No i co ja teraz zrobię? Nie mogę wyjść, a może jakiś sklep jest otwarty. Wiem!!! Eureka, zejdę po prześcieradle z balkonu. To tylko 12 metrów. Dużo czasu na rozmyślanie.
Stoję więc w oknie, w samych gaciach i się gapię na ten śnieg, a opad cały czas postępuje. 6. bliżej niezidentyfikowanych osobników, przy pomocy łopat, zmiotek, skrobaczek do ziemniaków, wiader z wodą w tempie na 3/4 szukają swoich pojazdów. Najpierw dachy, później szyby, lusterka, koła. Mija 15 minut, a ja powoli rozpoznaję te stworzenia. Nie, nie to nie Orki, to Grzybki, których już znam z widzenia. Odśnieżają na raz numery rejestracyjne. Numery też rozpoznaję. Białe litery i cyfry na czarnym tle. Niedzielni kierowcy, którzy wyjeżdżają tylko w sezonie letnim, w każdą niedzielę do kościoła oddalonego o 200 metrów ... Jeden nawet kiwa mi łopatką. Odwzajemniam się tosterem...
Straciłem godzinę, ale warto było. Wrócili do komórek lokatorskich zwanych potocznie mieszkaniami. A opad, a opad dalej postępuje. Gratów na parkingu znów nie widać. Co za piękny widok.
Postanowiłem. Idę sprawdzić, czy jakiś sklep jest otwarty. Głód nikotynowy uderza mi w płuca, męczy mnie i zaciska łapska na mojej tchawicy. Czapeczka na łeb, spodnie nieprzemakalne, buty zimowe, rękawiczki no i kasa oczywiście. Z impetem uderzam w drzwi wyjściowe. Jest, udało się, jest szpara!!! Jak uczył mnie kolega, doświadczony narciarz ekstremalny: "pamiętaj, jak dopadnie cię lawina to płyń. Płyń pod śniegiem żabką! Może się uratujesz..." I jak kret, rozgarniając opad stylem klasycznym płynę do sklepu. Zrobiłem jakieś 100 metrów, w podłym czasie, ale jestem już tuż tuż. Bez nawrotu wynurzam się... i trafiam facjatą w żółty śnieg. Fuj. Wszyscy mówią "nie jedz żółtego śniegu!!!". Ja jednak musiałem spróbować.
Z żółtą gębą nabyłem potrzebne mi dzisiaj produkty. Głodu już nie odczuwam, tylko ta droga powrotna. DKJP, jaki byłem głupi. Opadu jest tylko po pas, więc idę. Przeciskam się przez szparę w drzwiach. Wracam do mojej komórki lokatorskiej.
Tak. Nie będę przez najbliższe dni pływał żabką, nie będę szukał mojego auta. Zadekuję się w domu i będę oglądał filmy i słuchał muzy. Może Bad Religion :-)). Tak, z całą pewnością tak będzie.
Muza już leci, odpływam w słodkim niebycie. Telefon:
Słucham. mówię.
Słyszę: Wiesz nie mam siły wychodzić z domu. Pada śnieg. Tym bardziej nie będę się ruszał przez kolejne dni.
Mówię: Wiesz mi też się nie chce. Mam co jeść, z pragnienia nie umrę. Też siedzę w domu, bo mi się nie chce wychodzić. Ruszę się, jak śnieg stopnieje.
Słyszę: to dobrze. To przyjedź do mnie jutro. Autobusem.
Koniec rozmowy.
I znów stoję w oknie i się gapię. Jakaś małolata ze swoim psem i kolegą brną w zaspach. Ona gestykuluje, pies, taki mały burek tonie. Otwieram okno i słyszę przeraźliwy pisk zwierzaka, dziewczynę, która krzyczy do chłopaka: zrób coś, on nie da rady. Chłopak na to: popatrz, popatrz, kurwa co za debil, po co on włazi w ten śnieg.... Ona bierze psa na ręce.
A opad dalej podstępuje. Leży wszędzie.
Zamykam okno i wracam do muzy. Tak, nie będę wychodził przez kilka dni.
BUKA też nie. Odmroziła sobie palce i grozi jej gangrena, a później amputacja... Nosa też,ale ma piękne uzębienie i kwaśną minkę.
piątek, 24 grudnia 2010
Dzień Świra
godz.5.15 rano (GMT +1)
Leżę na wozie, bo już przecież nie śpię, a położyłem się chyba o trzeciej nad ranem. "Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy!" Sąsiadka z góry skrzypi, już sam nie wiem czym. Idzie do łazienki odkręca wodę. Pewnie się myje. "Albo też wcale nie płuczą ust po myciu zębów. To co oni robią z tą pastą, jedzą ją? Połykają, do kurwy nędzy, co z nią robią? Ja nawet gardło płuczę po myciu zębów. Opłukiwam." Ona nie płucze, nawet nie używa pasty. Co wieczór słyszę plusk wody w szklance. Robi się ciszej i powoli zapadam w letarg. Nagle gwizdek z czajnika za ścianą. "Dżizus, kurwa, ja pierdolę" (DKJP). Kto teraz używa czajnika z gwizdkiem? Cisza. "Boję się rano wstać, boję się dnia, codziennie rano boję się otworzyć oczy, ze strachu przed świtem, zupełnie nie wiem, co zrobić z nadchodzącym dniem. No nie mogę. (O kurwa! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego). Mam niby jakieś obowiązki, a przecież – pustka, jakby zupełnie nie miało znaczenia czy wstanę czy nie wstanę, czy zrobię coś, czy nie zrobię (ja pierdolę), higiena, jedzenie, praca, jedzenie, praca, palenie, proszki, sen. (Ja pierdolę, kurwa)." Zasypiam i nie myślę już, co będę robił w ciągu dzisiejszego dnia. Bo to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
godz.10.25 (GMT +1)
Otwieram oczy. "Jestem skrajnie wyczerpany a przecież jest rano..." Zapach smażonej ryby rozchodzi się po mieszkaniu. Ja przecież właśnie się obudziłem, nic nie smażyłem. Ba, nawet nie nabyłem drogą kupna, jakiegoś karpia, albo rekina. DKJP. Muszę wstać. Zapalam kadzidełko, jedno, potem drugie. Ja pierdolę, co ludzie wyczyniają w blokach. Brrrrrrrrrrrrrrr, jestem Mały Głód słyszę. Mały człowieczek ze szpetną paszczą zwabia mnie do kuchni. Robię śniadanie. "Gdy szykuje śniadanie, zwykle se o korkach słucham, jak tkwią te chuje w tych jebanych autach." Zjadam. Przychodzi pora na medykamenty. "Prozac – na chęć życia. Geriavit – na się nie starzenie. Nootropil – na lepsze funkcjonowanie metabolizmu mózgu. Etopirynę – profilaktycznie." A ja tylko łykam antyoksydanty, omega 3, wapno i magnez. DKJP, jak, co dzień. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
godz.11.25 (GMT +1)
"Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej..." DKJP. Prysznic, pastę zjadam i popijam płynem do płukania ust. Ubieram się. Wychodzę. Teraz ja będę chujem stojącym w korkach. Nie jeżdżę pociągami, trudno się wysikać, a towarzysze podróży są dziwni. "Odkąd mój umysł myśli i sięgam pamięcią, to te klapy zawsze opadały. A dlaczego? Bo przez dziesiątki lat jedni bezmyślni kretyni pod kierunkiem innych bezmyślnych kretynów umieszczają muszle klozetowe w pociągach tak blisko ściany, że klapa po podniesieniu nachylona jest ku muszli i puszczona musi opaść. Dziesiątki lat, Jezu Chryste przenajświętszy. A jeśli Polska to właśnie ta ojszczana klapa?". Jadę do sklepu po narzutę, żeby zakryć zasyfiałą, aczkolwiek wypraną starą wersalkę. Do sklepu. DKJP, przecież Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
godz.12.30 (GMT +1)
Jestem... nie powiem u kogo. Masz tu są prezenty słyszę. Jakie kurwa prezenty? Przecież umówiliśmy się 10 lat temu, że żadnych prezentów, bo wszystko mamy, a to takie zbędne rzeczy są. "No wiesz, może się umówiliśmy, ale chcę Ci coś dać. Bo tak!!!" DKJP, dostaję kawę rozpuszczalną, której w gruncie rzeczy nie znoszę. Czasami piję, bo jestem leniwy. Poza tym w armii mówią o takiej kawie "pedałówka". Biorę i wychodzę, bo to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku. Znów to samo.
godz.13.30 (GMT +1)
Wracam do domu. Nie nie do domu - do tymczasowej przechowalni nowego życia. "Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej..." DKJP. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
godz. 14.50 (GMT +1)
Godzina zero wybiła. Jadę na Wigilię. Nie powiem do kogo."Musisz wiedzieć, że nie ma nic bardziej zabójczego od wdychania przez kilka godzin papierosowego dymu." Tradycja, opłatek i jedzenie. I ten DKJP dym. Zupełnie jak w obozie koncentracyjnym. Też nie powiem którym. "Żeby nie jeść samotnie, jem z telewizorem." Jak co roku. "To be, kurwa!, or not to be!" Przeżyję, dam radę. Rozedma wewnątrz mego ciała, może jedzenie jakąś złą energię miało. Jak co roku. Bo to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
godz. 18.30 (GMT +1)
Wracam do domu. Nie nie do domu - do tymczasowej przechowalni nowego życia. "Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej..." DKJP. Patrzę na wyprawkę. Kto to zje i wypije. Przecież nie ja, a chomikowi krzywdy nie zrobię. Pewnie wyrzucę, jak co roku. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
Jednak coś się zmieniło. Siadam do kompa i piszę te bzdury. "Gdy wieczorne zgasną zorze, zanim głowę do snu złożę, modlitwę moją zanoszę, Bogu Ojcu i Synowi. Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie proszę, tylko mu dosrajcie, proszę! Kto ja jestem? Polak mały! Mały zawistny i podły! Jaki znak mój? Krwawe gały! Oto wznoszę swoje modły do Boga, Marii i Syna! Zniszczcie tego skurwysyna! Mojego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada! Żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara, żeby mu spalili sklep, żeby dostał cegłą w łeb, żeby mu się córka z czarnym i w ogóle, żeby miał marnie! Żeby miał AIDS-a i raka, oto modlitwa Polaka!" Tu się już nic nie zmieni. Nawet gdybym sąsiadom zrobił krzywdę. Przyjdą następni, może jeszcze gorsi? Idę spać, bo zmęczony jestem. Od rana. "Pół Tussicodinu – na kaszel po fajkach. Z krzyżykiem na ból głowy, też po papierosach. I pół Leriwonu – przeciwko czarnym myślom przed snem i depresji i ułatwia zaśnięcie. I pół Imovane – na sen pierwszy. I do tego pół Stilnoksu – aby ten sen podtrzymać. I Aspirynę – profilaktycznie." Prawda jest taka, że nie biorę nic. Zasypiam jak dziecko. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
EPILOG
"Moja jest tylko racja, i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!" Dzień Świra: "jakże prawdziwy, dla tych co umieją nie tylko widzieć, ale i dostrzegać. Takich dni mamy wszyscy 365 w roku, tylko nie każdy to zauważa."
Dziękuję Ci za natchnienie... :-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)












