sobota, 25 grudnia 2010

Buka i śnieg

DKJP. Są Święta. Wstałem więc skoro świt o 10.25. I mi opadł. szczęka. Za oknem tzw. opad atmosferyczny w postaci kryształków lodu, o kształtach głównie sześcioramiennych gwiazdek, łączących się w płatki śniegu. Po opadnięciu na glebę, domy, martwych ludzi, samochody i Buka tylko wie na co jeszcze, tworzą pokrywę śnieżną o niewielkiej gęstości, zwaną również śniegiem. PKP. 
Tylko, że jestem uśnieżony, bo nie wiem gdzie jest samochód. Przed drzwiami wejściowymi leży wielka kupa tego czegoś i blokuje wyjście. No i co ja teraz zrobię? Nie mogę wyjść, a może jakiś sklep jest otwarty. Wiem!!! Eureka, zejdę po prześcieradle z balkonu. To tylko 12 metrów. Dużo czasu na rozmyślanie.
Stoję więc w oknie, w samych gaciach i się gapię na ten śnieg, a opad cały czas postępuje. 6. bliżej niezidentyfikowanych osobników, przy pomocy łopat, zmiotek, skrobaczek do ziemniaków, wiader z wodą w tempie na 3/4 szukają swoich pojazdów. Najpierw dachy, później szyby, lusterka, koła. Mija 15 minut, a ja powoli rozpoznaję te stworzenia. Nie, nie to nie Orki, to Grzybki, których już znam z widzenia. Odśnieżają na raz numery rejestracyjne. Numery też rozpoznaję. Białe litery i cyfry na czarnym tle. Niedzielni kierowcy, którzy wyjeżdżają tylko w sezonie letnim, w każdą niedzielę do kościoła oddalonego o 200 metrów ... Jeden nawet kiwa mi łopatką. Odwzajemniam się tosterem... 
Straciłem godzinę, ale warto było. Wrócili do komórek lokatorskich zwanych potocznie mieszkaniami. A opad, a opad dalej postępuje. Gratów na parkingu znów nie widać. Co za piękny widok.
Postanowiłem. Idę sprawdzić, czy jakiś sklep jest otwarty. Głód nikotynowy uderza mi w płuca, męczy mnie i zaciska łapska na mojej tchawicy. Czapeczka na łeb, spodnie nieprzemakalne, buty zimowe, rękawiczki no i kasa oczywiście. Z impetem uderzam w drzwi wyjściowe. Jest, udało się, jest szpara!!! Jak uczył mnie kolega, doświadczony narciarz ekstremalny: "pamiętaj, jak dopadnie cię lawina to płyń. Płyń pod śniegiem żabką! Może się uratujesz..." I jak kret, rozgarniając opad stylem klasycznym płynę do sklepu. Zrobiłem jakieś 100 metrów, w podłym czasie, ale jestem już tuż tuż. Bez nawrotu wynurzam się... i trafiam facjatą w żółty śnieg. Fuj. Wszyscy mówią "nie jedz żółtego śniegu!!!". Ja jednak musiałem spróbować.
Z żółtą gębą nabyłem potrzebne mi dzisiaj produkty. Głodu już nie odczuwam, tylko ta droga powrotna. DKJP, jaki byłem głupi. Opadu jest tylko po pas, więc idę. Przeciskam się przez szparę w drzwiach. Wracam do mojej komórki lokatorskiej.
Tak. Nie będę przez najbliższe dni pływał żabką, nie będę szukał mojego auta. Zadekuję się w domu i będę oglądał filmy i słuchał muzy. Może Bad Religion :-)). Tak, z całą pewnością tak będzie.
Muza już leci, odpływam w słodkim niebycie. Telefon:
Słucham. mówię. 
Słyszę: Wiesz nie mam siły wychodzić z domu. Pada śnieg. Tym bardziej nie będę się ruszał przez kolejne dni.
Mówię: Wiesz mi też się nie chce. Mam co jeść, z pragnienia nie umrę. Też siedzę w domu, bo mi się nie chce wychodzić. Ruszę się, jak śnieg stopnieje. 
Słyszę: to dobrze. To przyjedź do mnie jutro. Autobusem.
Koniec rozmowy.
I znów stoję w oknie i się gapię. Jakaś małolata ze swoim psem i kolegą brną w zaspach. Ona gestykuluje, pies, taki mały burek tonie. Otwieram okno i słyszę przeraźliwy pisk zwierzaka, dziewczynę, która krzyczy do chłopaka: zrób coś, on nie da rady. Chłopak na to: popatrz, popatrz, kurwa co za debil, po co on włazi w ten śnieg.... Ona bierze psa na ręce.
A opad dalej podstępuje. Leży wszędzie.
Zamykam okno i wracam do muzy. Tak, nie będę wychodził przez kilka dni. 


BUKA też nie. Odmroziła sobie palce i grozi jej gangrena, a później amputacja... Nosa też,ale ma piękne uzębienie i kwaśną minkę.

piątek, 24 grudnia 2010

Dzień Świra

godz.5.15 rano (GMT +1)
Leżę na wozie, bo już przecież nie śpię, a położyłem się chyba o trzeciej nad ranem. "Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy!" Sąsiadka z góry skrzypi, już sam nie wiem czym. Idzie do łazienki odkręca wodę. Pewnie się myje. "Albo też wcale nie płuczą ust po myciu zębów. To co oni robią z tą pastą, jedzą ją? Połykają, do kurwy nędzy, co z nią robią? Ja nawet gardło płuczę po myciu zębów. Opłukiwam." Ona nie płucze, nawet nie używa pasty. Co wieczór słyszę plusk wody w szklance. Robi się ciszej i powoli zapadam w letarg. Nagle gwizdek z czajnika za ścianą. "Dżizus, kurwa, ja pierdolę" (DKJP). Kto teraz używa czajnika z gwizdkiem? Cisza. "Boję się rano wstać, boję się dnia, codziennie rano boję się otworzyć oczy, ze strachu przed świtem, zupełnie nie wiem, co zrobić z nadchodzącym dniem. No nie mogę. (O kurwa! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego). Mam niby jakieś obowiązki, a przecież – pustka, jakby zupełnie nie miało znaczenia czy wstanę czy nie wstanę, czy zrobię coś, czy nie zrobię (ja pierdolę), higiena, jedzenie, praca, jedzenie, praca, palenie, proszki, sen. (Ja pierdolę, kurwa)." Zasypiam i nie myślę już, co będę robił w ciągu dzisiejszego dnia. Bo to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.

godz.10.25 (GMT +1)
Otwieram oczy. "Jestem skrajnie wyczerpany a przecież jest rano..." Zapach smażonej ryby rozchodzi się po mieszkaniu. Ja przecież właśnie się obudziłem, nic nie smażyłem. Ba, nawet nie nabyłem drogą kupna, jakiegoś karpia, albo rekina. DKJP. Muszę wstać. Zapalam kadzidełko, jedno, potem drugie. Ja pierdolę, co ludzie wyczyniają w blokach. Brrrrrrrrrrrrrrr, jestem Mały Głód słyszę. Mały człowieczek ze szpetną paszczą zwabia mnie do kuchni. Robię śniadanie. "Gdy szykuje śniadanie, zwykle se o korkach słucham, jak tkwią te chuje w tych jebanych autach." Zjadam. Przychodzi pora na medykamenty. "Prozac – na chęć życia. Geriavit – na się nie starzenie. Nootropil – na lepsze funkcjonowanie metabolizmu mózgu. Etopirynę – profilaktycznie." A ja tylko łykam antyoksydanty, omega 3, wapno i magnez. DKJP, jak, co dzień. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.
 
godz.11.25 (GMT +1) 
"Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej..." DKJP. Prysznic, pastę zjadam i popijam płynem do płukania ust. Ubieram się. Wychodzę. Teraz ja będę chujem stojącym w korkach. Nie jeżdżę pociągami, trudno się wysikać, a towarzysze podróży są dziwni. "Odkąd mój umysł myśli i sięgam pamięcią, to te klapy zawsze opadały. A dlaczego? Bo przez dziesiątki lat jedni bezmyślni kretyni pod kierunkiem innych bezmyślnych kretynów umieszczają muszle klozetowe w pociągach tak blisko ściany, że klapa po podniesieniu nachylona jest ku muszli i puszczona musi opaść. Dziesiątki lat, Jezu Chryste przenajświętszy. A jeśli Polska to właśnie ta ojszczana klapa?". Jadę do sklepu po narzutę, żeby zakryć zasyfiałą, aczkolwiek wypraną starą wersalkę. Do sklepu. DKJP, przecież Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.

godz.12.30 (GMT +1) 
Jestem... nie powiem u kogo. Masz tu są prezenty słyszę. Jakie kurwa prezenty? Przecież umówiliśmy się 10 lat temu, że żadnych prezentów, bo wszystko mamy, a to takie zbędne rzeczy są. "No wiesz, może się umówiliśmy, ale chcę Ci coś dać. Bo tak!!!" DKJP, dostaję kawę rozpuszczalną, której w gruncie rzeczy nie znoszę. Czasami piję, bo jestem leniwy. Poza tym w armii mówią o takiej kawie "pedałówka". Biorę i wychodzę, bo to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku. Znów to samo.

godz.13.30 (GMT +1) 
Wracam do domu. Nie nie do domu - do tymczasowej przechowalni nowego życia. "Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej..." DKJP. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.

godz. 14.50 (GMT +1)
Godzina zero wybiła. Jadę na Wigilię. Nie powiem do kogo."Musisz wiedzieć, że nie ma nic bardziej zabójczego od wdychania przez kilka godzin papierosowego dymu." Tradycja, opłatek i jedzenie. I ten DKJP dym. Zupełnie jak w obozie koncentracyjnym. Też nie powiem którym. "Żeby nie jeść samotnie, jem z telewizorem." Jak co roku. "To be, kurwa!, or not to be!" Przeżyję, dam radę. Rozedma wewnątrz mego ciała, może jedzenie jakąś złą energię miało. Jak co roku. Bo to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.

godz. 18.30 (GMT +1)
Wracam do domu. Nie nie do domu - do tymczasowej przechowalni nowego życia. "Przecież moje życie, moje! miało wyglądać zupełnie inaczej..." DKJP. Patrzę na wyprawkę. Kto to zje i wypije. Przecież nie ja, a chomikowi krzywdy nie zrobię. Pewnie wyrzucę, jak co roku. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.

godz. 20.00 (GMT +1)
Jednak coś się zmieniło. Siadam do kompa i piszę te bzdury. "Gdy wieczorne zgasną zorze, zanim głowę do snu złożę, modlitwę moją zanoszę, Bogu Ojcu i Synowi. Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie proszę, tylko mu dosrajcie, proszę! Kto ja jestem? Polak mały! Mały zawistny i podły! Jaki znak mój? Krwawe gały! Oto wznoszę swoje modły do Boga, Marii i Syna! Zniszczcie tego skurwysyna! Mojego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada! Żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara, żeby mu spalili sklep, żeby dostał cegłą w łeb, żeby mu się córka z czarnym i w ogóle, żeby miał marnie! Żeby miał AIDS-a i raka, oto modlitwa Polaka!" Tu się już nic nie zmieni. Nawet gdybym sąsiadom zrobił krzywdę. Przyjdą następni, może jeszcze gorsi? Idę spać, bo zmęczony jestem. Od rana. "Pół Tussicodinu – na kaszel po fajkach. Z krzyżykiem na ból głowy, też po papierosach. I pół Leriwonu – przeciwko czarnym myślom przed snem i depresji i ułatwia zaśnięcie. I pół Imovane – na sen pierwszy. I do tego pół Stilnoksu – aby ten sen podtrzymać. I Aspirynę – profilaktycznie." Prawda jest taka, że nie biorę nic. Zasypiam jak dziecko. A to Wigilia jest!!! DKJP, jak, co roku.

EPILOG
"Moja jest tylko racja, i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!" Dzień Świra: "jakże prawdziwy, dla tych co umieją nie tylko widzieć, ale i dostrzegać. Takich dni mamy wszyscy 365 w roku, tylko nie każdy to zauważa." 

Dziękuję Ci za natchnienie... :-))

czwartek, 23 grudnia 2010

Boże Narodzenie / Świeta jak co rokó :-))

Z Wikipedii: "Boże Narodzenie, Uroczystość Narodzenia Pańskiego – w tradycji chrześcijańskiej to święto upamiętniające narodziny Jezusa Chrystusa. Jest to liturgiczne święto stałe, przypadające na 25 grudnia (wg kalendarza gregoriańskiego). Boże Narodzenie poprzedzone jest okresem trzytygodniowego oczekiwania (dokładnie czterech niedziel), zwanego adwentem." i Tyle. Co dalej? Tylko atrybuty, shoe-sy tzw.:
 Słowem, uwielbiam święta. Grę pozorów, że niby wszystko jest ok. Ale i tak każdy ma w sobie urazy i nie śmie tego powiedzieć.... Szkoda, bo wtedy życie byłoby piękne. SPOKOJNYCH ŚWIĄT. AVE MARYJA.Salut rzymski: sieg heil!
Czy Wszyscy wygrywamy? Nie. Pewnie kogoś obraziłem. Jak tak, to piszcie posty, komentarze. Błagam... a może nie....

wtorek, 21 grudnia 2010

alkohol

Tak sobie myślę... Czy jestem alkoholikiem? Czy alkoholik musi spać pod mostem, być brudny i śmierdzący? Nie. Może mieć siedmio-zerowe konto. Może mieć zegarek za 20 tyś. Euro. Może. Tak, czy inaczej alkoholik Nie pamiętam dnia bez alkoholu. Alkoholik morduje swoją wątrobę, nie przejmuje się hang over i pije dalej. PORAŻKA. I na dodatek są to kalorie. Brzuch rośnie, rucha (ubrania) trzeba zmieniać po raz kolejny. A może spodnie na gumkę to jest rozwiązanie? I TAK NIC TO NIE ZMIENIA. JESTEM ALKOHOLIKIEM. Chwała temu, kto się do tego przyzna przed znajomymi, a przede wszystkim przed sobą. Idę na terapię. Do zoo. Za jakiś, długi, czas. I przysięgam nie będę się odzywał, nie będę on line. Bo tam... na detoksie każdy musi walczyć sam. I tyle.

niedziela, 19 grudnia 2010

The Neverending Story

" Od poniedziałku będę chodzić na basen...."

".....to moja ostatnia paczka papierosów"

"Od jutra zaczynam dietę....."

".....zapiszę się na hiszpański"

Życie byłoby o wiele prostsze, gdybyśmy sami siebie nie robili w chooya.

----------------------------------------------

Stworzyłam plan. Kolejny. To jest całkiem nowy plan: postanowiłam zaplanować BRAK PLANU. A jak Wasze noworoczne, listy pobożnych życzeń?



sobota, 18 grudnia 2010

O czym myśli chomik w kołowrotku?




Klon ma ergometr, Klonik niebieski samochód, a ja 5-tonową karetkę... Różnica między nami taka, że Klon będzie przebierać odnóżami w miejscu, Klonik uprawiać lans na mieście, a ja będę zwiedzać okoliczne meliny.. wszak dziś sobota - święty dzień Polaków, kto żyw ten pije!! Swoją drogą... Klony, żyjecie??

Klon! Zamiast popierdalać w miejscu i robić puste przeloty, mógłbyś sobie chociaż dynamo do niego podłączyć - zaoszczędziłbyś na energii!! Piękne - wszyscy jesteśmy chomikami gnającymi donikąd, ale żeby tak dosłownie?? C.d.n. (mam wyjazd)

C.d. Zastanawialiście się kiedyś o czym myśli chomik biegający w kołowrotku? Ma przy tym taką skupioną minkę!!






piątek, 17 grudnia 2010

A co?

Kacuje, świdruje,
pacientů vedení.
bílé prádlo
počítá se počítá.
Zubař, sadista
Sadista zubař
Zubař, sadista
Sadista zubař
V noci se sní, sní o krev
Vstává den je jako stín.
Unavený zmroczony
šílený zubař.
Zubař, sadista
Sadista zubař
Zubař, sadista
Sadista zubař
Bije pro rvačce,
mleczaki stávky.
Z téhož zuby
vydělal na daču.
Zubař, sadista
Sadista zubař
Zubař, sadista
Sadista zubař
tříletý dívka
vytáhne jeden.
Když se cítím unavený,
mučení kořeny.
Zubař, sadista
Sadista zubař
Zubař, sadista
Sadista zubař
S závist, hněv bude vrtat kosti.
Jam, slzy, z úst ochabuje.
Zubař, sadista
Sadista zubař
Zubař, sadista
Zajetí, zubní